Bruksela to z jednej strony monumentalne budowle, wielkie place i szerokie bulwary, z drugiej najlepsza czekolada na świecie, największy wybór piwa w knajpach i najbardziej chrupiące frytki (koniecznie z majonezem). Niektórzy uważają belgijską stolicę za nudną, konserwatywną i cholernie drogą. Inni doceniają jej zróżnicowaną architekturę, ciekawe muzea i komiksowe murale twierdząc, że wcale nie trzeba wydać fortuny, żeby poczuć klimat miasta. Warto wpaść tu chociaż na weekend, żeby wyrobić sobie własne zdanie.
Gandawa (inaczej Ghent) to prawdziwa belgijska perełka z majestatycznym, warownym zamkiem i porywającym życiem nocnym. Często bywa porównywana do Brugii chociaż jest od niej zdecydowanie mniej cukierkowa, bardziej dostojna i o wiele mniej zatłoczona. Na charakterystyczną panoramę miasta składają się trzy wieże – wysoka dzwonnica zwana „smoczą wieżą”, wieża kościoła św. Mikołaja oraz wieża imponującej katedry św. Bawona.
Brugii nie trzeba reklamować – to jedno z najchętniej odwiedzanych belgijskich miasteczek. Odkąd zagrało główną rolę w czarnej komedii „Najpierw strzelaj, potem zwiedzaj” z Colinem Farrellem przeżywa prawdziwe turystyczne oblężenie. Mimo tłoku panującego na wąskich, brukowanych uliczkach trudno oprzeć się cukierkowemu urokowi „Flamandzkiej Wenecji”. Poprzecinana nitkami kanałów średniowieczna starówka, kamienne mosty i kolorowe fasady domów tworzą prawdziwie bajkowy klimat czyniąc Brugię doskonałym kierunkiem na romantyczny wypad we dwoje.
Nadmorskie miasteczko Ostenda nie jest oczywiście Bangkokiem. Nie przyjeżdża tutaj 20 milionów turystów rocznie, nie ma dobrego tajskiego jedzonka i nawet o lady-boya trudno. Ale to właśnie tutaj wypoczywają Belgowie, o ile oczywiście nie wyjeżdżają poza granicę kraju. Kościół św. Piotra w Pawła w Ostende jest najbardziej okazałą budowlą neo-gotycką w Belgii. Został wzniesiony na początku XX wieku za panowania krótla Leopolda II. Swoim kształtem i architekturą przypomina inne tego typu budowle w stylu neo-gotyckim, które zostały wniesione przed nim. Szczególnie zbliżona jest katedra w Kolonii oraz Wiedniu.
Korzystając z okazji, że pociąg był w dobrej cenie i jechał około 1h z miasteczka, w którym mieszkałam, zdecydowałam się na jednodniową wycieczkę do Francuskiego miasta Lille. Jeszcze kilkadziesiąt lat temu Lille znajdowało się na szarym końcu francuskich kierunków turystycznych. Ponuremu ośrodkowi na północy kraju, zdominowanemu przez przemysł i industrialną zabudowę brakowało atrakcyjności. Od tego czasu wiele się jednak zmieniło. Miasto przeszło gruntowną metamorfozę. Z jednego z najmniej zielonych ośrodków Francji, stało się przyjazną przestrzenią z niedocenianym wcześniej dziedzictwem przyrodniczym, architektonicznym i historycznym.